środa, 23 stycznia 2013

Kiedy umiera się na raz ze szczęścia i z tęsknoty.

Czy można umierać na raz ze szczęście i z tęsknoty ? Można.
Szczególnie wtedy gdy nie można zobaczyć swojej kruszynki, a ona przechodzi przez piekło.
To nic, że ona nie będzie pamiętać. Ja pamiętam i serce mi pęka.
Na szczęście kluczowa transfuzja obyła się bez komplikacji. Nadal czekamy czy nic się nie przypałęta, ale wyniki są dobre, antybiotyki odstawiane, a niunia bez CPAPu leży na kempingu.
Nic tylko umrzeć ze szczęścia. Ale jak tu umrzeć ze szczęścia skoro tęsknota rozdziera serce? Nic nie jest tak jak być powinno.
Im dłużej jej nie widzę, tym dziwne wrażenie, że nie mam dziecka :( To przerażające, że czasami tak się czuję, bo kocham ją nad życie, ale jak tu żyć kiedy nie mogę jej nawet zobaczyć ?! :(
GRYPO PRECZ nooo !

Zuzia wróć do domu. Mama i tata czekają. I cała reszta też.

sobota, 19 stycznia 2013

Miotacz emocji.

Kocham, nad życie moją cudowną córkę i wspaniałego meżczyznę !<3
Lubię masaż stóp.
Uwielbiam oglądać seriale.
Tęsknię za małą Zuzią. 
Nienawidzę hipokryzji.
Płaczę codziennie, kilka razy dziennie. No beksa.
Szanuję ludzi którzy szanują mnie.
Irytuję się gdy jestem bezradna.
Myślę (chyba), więc jestem.
Wierzę, że będzie tylko lepiej.
Wiem, że jeszcze mało wiem.
Rozumiem - nie, jednak nic nie rozumiem.
Słyszę ciszę. wolałabym jednak słyszeć płacz mojego dziecko w swoim łóżku.
Pytam dlaczego? Kiedy? Jak? Ile jeszcze? ... Ale nie dostaję odpowiedzi
Odpowiadam często pytaniem na pytanie.
Widzę, że... że świat nie jest tak jakim nam się wydaje. Że jest okrutny, zły, niesprawiedliwy i nie da nam nic za darmo. Ale warto walczyć o to, żeby wydrzeć z niego swój własny kawałek, dbać o niego, kochać, szanować i pielęgnować. I nigdy nie odpuszczać i pozostawać optymistą. Bo do optymistów świat należy.

A ktoś mądry powiedział mi dzisiaj tak:
"Optymista to ktoś, kto rozumie że zrobienie kroku w tył, po zrobieniu kroku do przodu, to nie katastrofa, to cha-cha" 
wiec kochana potańczymy i będzie dobrze.

Bardzo, bardzo dziękuję za te słowa, zapadły mi głęboko w pamięci. 



... mama czeka kochanie !




piątek, 18 stycznia 2013

Bo dzieci jednak szybko rosną !

    Robimy postępy ! Ciśniemy do przodu ! A co !




7.12.2012


18.01.2013

     

Fajne mamy

Fajnie jest być fajną mamą. 
I mimo, że Zuzia nie chciała poczekać do lutego to i tak lutowe mamy są the best i za takową się uważam.

W sumie nie tylko Zuzi spieszyło się na świat, tak więc jest nas już 6 !! Sami cesarze i cesarzowe :)

Niby forum, nikt tak naprawdę się nie zna, wszystko niby anonimowe, a jednak.
 Lutowe mamy lepiej dobrać sie nie mogły.
Troska, wsparcie, wiara, zainteresowanie - można tak bez końca.
To właśnie tu odnalazłam to wszystko...
Super ciocie dla Zuzi, mamy i przyszłe mamy - jesteście niesamowite i mam nadzieję że trzymać się będziemy już zawsze.

Zasłyszałam od mojej mamy, że jej koleżanka z pracy ma 6 letnią dziewczynkę. I tak samo jak ja, kiedy była w ciąży odwiedziła pewne forum. Między mamami wywiązała się taka więź, że wyobraźcie sobie, są razem do dziś ! I nawet raz w roku udaje im się wszystkim spotkać ?! Wyobrażacie sobie to ???
To wyobraźcie, bo kto wie jak dzieciaki nam podrosną to czemu my miałybyśmy się nie spotkać ?! No bo przecież fajne z nas mamy !



...


Mała Ala urodziła się 5 dni po Zuzi. Jej mama i ja znałyśmy się już z oddziału patologi. Obie spędziłyśmy tam kilka tygodni. Kiedy Ala została przywieziona na OIOM, leżała koło Zuzi. No w końcu kumpelki. Ala urodziła się o 100 gram większa w 24 tc. Zaskakująco dobrze dawała sobie radę, szybko zaczęła jeść, aż w końcu w dawkach przegoniła Zuze. Nie miała bezdechów, tak jak u nas, zeszła z CPAPu, Radziła sobie po prostu lepiej. Tak, wiem. Każde dziecko w swoim tempie, ale jednak gdzieś tam kłuło w środku, że my mamy to tempo troche wolniejsze.
Minął już ponad miesiać, a dziewczynki nadal leżały obok siebie, z jej mamą widziałam się pewnego wieczora, obie siedziałyśmy przy naszych pociechach. Kiedy Zuzia zmagała się z tranfuzjami, obrzękami, sepsą itd. Ala radziła sobie świetnie. Cieszyło mnie to w końcu to kumpelki...
Następnego dnia wchodze na oddział ok godz.12. Mama Ali stoi zapłakana przy inkubatorze. Serce podeszło mi do gardła. Obok inkubatora zauważyłam respirator. Niedobrze. Diagnoza; sepsa. Uf odechnęłam, w końcu Zuzia też ma sepse, dostała antybiotyki i z tego wychodzi. Pocieszam mame Ali, że wszystko będzie dobrze. Niestety mała nie wyglądała za dobrze, cały czas kręcili się koło niej lekarze. ' Zobaczymy wieczorem jak będzie reagować na leki'. Siedzę przy Zuzi, wychodze z innymi mamami na obiad. Wracam. Mama Ali trzyma ją za ręke. Dramat rozegrał się w 3 godziny. Lekarze dają małej Ali pół godziny. Przytulam mame Ali mocno do siebie, ona w tym czasie trzyma mała za rączke. Parametry spadają na łeb, na szyję. Sepse zabrała małą Ale w 3 godziny.

Nie potrafi się po tym otrząsnąć. To najtraumatyczniejsze wydarzenie w moim życiu. Widziałam jak umiera dziecko, jego matke która do ostatniej chwili trzyma je za ręke i nic nie może zrobić. Mała Ala odchodzi o godzinie 15.
Życie jest przewrotne. Gdzie jest Bóg ?! Dlaczego?
Nie mogę się po tym otrząsnąć. Zrozumiałam, że nic nie jest pewne. Że wszystko może się zmienić w przeciągu godzin.
Powiecie że trzeba pozytywne myślecie to podstawa? Owsze,. Staram się, choć nie jest to łatwe.
Jutro Zuzia ma transfuzje. Niby nic. A ja drżę. Będzie dobrze- powtarzam sobie... Będzie dobrze... :(

czwartek, 27 grudnia 2012

Dzień jak co dzień czyli nowa rutyna

Tak więc trzeba było nauczyć się nowej rutyny.
Ze szpitala, jako że nie wychodziłam z noworodkiem do domu, zostałam wypisana 24h po CC.
Oj ciężko było wstać do toalety, ale nikt nie jest w stanie wyobrazić sobie motywacji by wstać i jechać po wybojach autem świeżo "po krojeniu", kiedy pragnie zobaczyć się swoją pierworodną.
Dom, szpital, dom, szpital, i tak w kółko. Dwa razy dziennie jazda do szpitala. Serce mi pęka kiedy ze szpitala muszę wyjść, wiedząc,że co prawda pod dobrą opieką, ale jednak, zostawiam swoje dziecko.

W każdym razie. O konkretach mówiąc.
Stan na 27.12 przedstawia się następująco:
- waga: 900g (tak, tak jeszcze z tydzień i dobijamy do kilograma!!)
- przebyta infekcja (jelita nie pracowały), ale dzisiaj zaczełyśmy jeść ! Hura ! (to nic że po 0,5ml :P)
- stan ogólny stabilny
.. tylko z tymi bezdechami i spadkami saturacji mogłoby być troche lepiej. Ale na to potrzeba czasu. Małymi kroczkami będziemy walczyć !!


Narodziny

Są różne powody, po pierwsze dla tych, którzy potrzebują wiedzieć, że cuda się zdarzają. Po drugie dla samej siebie,a wreszcie po to, żeby pokazać kiedyś mojej córce jaka jest dzielna. Chyba nawet bardziej od mamy, której zdarzają się epizody histerii nad inkubatorem i umieranie z tęsknoty każdego dnia. 

A więc oto nasza historia.
Niewydolność łożyska, hipotrofia, zagrażająca zamartwica płodu, IUGR i takie tam.
Dużo w każdym razie tego na wypisie. W skrócie to mała Zuzia przestała rosnąć w 23 tygodniu ciąży i tak już pozostała przy swojej wadze 580g. W 26tc skierowano nas do szpitala
a 2,5 tyg. później, kiedy skończyłyśmy właśnie 28tydzień, 7.12.12 o godz. 12:24 przyszła na świat poprzez CC moja ważąca zaledwie 600g kruszynka- Zuzia !
Przyszła na świat i zagrała na nosie lekarzom, którzy spisali ją na straty. Jakże im miny wszystkim zrzedły, kiedy na oddziale rozniosło się że mój mały szkrab sam zaczerpnął powietrze i płakał jak donoszony noworodek (zasługa 2 tyg na patologii ciąży i leczenia sterydami i teoventem śmiem twierdzić). Z sali operacyjnej pamiętam tylko jej płacz, później kiedy mi ją pokazali i powiedzieli "No to mamusiu, buzi w czółko i jedziemy podbijać świat". Nie wiem co wtedy czułam, bo były to wszystkie emocje naraz. Niestety później dostałam dożylnie taki "towar", że nie wiedziałam co gdzie i jak, aż do dnia następnego.

A następnego dnia dowiedziałam się, że moja kluska oddycha samodzielnie, jedynie przy pomocy CPAPu, ma się dobrze i... jest małym cudem na oddziale OIOMu.